Jeden szeroki ETF może zapewnić inwestorowi dużą dywersyfikację, ale sam w sobie nie jest gwarancją sukcesu – ocenia Artur Wiśniewski, założyciel Stockbroker.pl. W rozmowie podkreśla, że największym błędem jest traktowanie ETF-ów jako prostego remedium na wszystkie problemy inwestycyjne.
Jeden ETF daje prostotę, ale nie chroni przed bessą
Wiśniewski wskazuje, że przy długoterminowym inwestowaniu jeden fundusz obejmujący cały świat może być wystarczającym rozwiązaniem, jeśli celem jest szeroka ekspozycja na rynek akcji. Zastrzega jednak, że inwestorzy często „kupują historię”, wybierając dziś popularne ETF-y na USA, rynki rozwinięte lub cały świat, mimo że przeszłe wyniki nie gwarantują przyszłych stóp zwrotu.
Przypomina przy tym tzw. straconą dekadę 2000-2010, gdy amerykański rynek dał 0 proc. nominalnej stopy zwrotu, a po uwzględnieniu inflacji wynik był ujemny. Dodatkowym ryzykiem jest obecna koncentracja rynku USA – 10 największych spółek odpowiada już za około 40 proc. indeksu S&P500, a raport Goldman Sachs wskazuje, że okresy dekoncentracji tej grupy zwykle zbiegały się ze słabszym zachowaniem całego rynku.
Zdaniem eksperta, aby myśleć o życiu z kapitału, trzeba akceptować co najmniej umiarkowane ryzyko i utrzymywać w portfelu przynajmniej połowę akcji, jednocześnie regularnie odkładając nawet około 20 proc. miesięcznych dochodów na prywatną emeryturę.
ETF-y rosną, ale inwestorzy nadal popełniają te same błędy
Założyciel Stockbroker.pl zwraca uwagę, że ETF jest bardziej odporny na ryzyko pojedynczego bankructwa niż akcje jednej spółki, co potwierdzają także dane z raportu Hendrika Bessembindera z marca 2026 r. Według niego przeciętna pojedyncza spółka w USA w całym swoim giełdowym życiu przynosiła stopę zwrotu na poziomie minus 7 proc., rynek pokonała tylko co czwarta, a za połowę wzrostów indeksu odpowiadało zaledwie kilkadziesiąt firm spośród niemal 10 tys. badanych. Mimo to ETF-y nie przeszły jeszcze poważniejszego stress testu – podczas bessy mogą być wyprzedawane tak samo jak inne aktywa.
Wiśniewski podkreśla , że w Europie działają one pod surowymi regulacjami UCITS, a majątek funduszu jest oddzielony od majątku zarządzającej nim firmy, dlatego ryzyko emitenta uznaje za jedno z najmniej istotnych. Zaznacza też, że przy wyborze funduszu ważniejsze od minimalnie niższego TER-u jest to, co rzeczywiście znajduje się w portfelu, o czym pokazują różnice między indeksami FTSE i MSCI dla rynków wschodzących. W ostatnich 12 miesiącach iShares Core MSCI EM IMI zyskał 29 proc., podczas gdy Vanguard FTSE Emerging Markets około połowę mniej.
Ekspert dodaje, że o wyniku inwestycji wciąż decydują przede wszystkim psychika, nawyki i systematyczne dopłacanie do portfela także w czasie bessy. Z badań prezentowanych na konferencji „Pasywna Rewolucja” wynika bowiem, że tylko połowa osób, które kupiły ETF, zrobiła to ponownie w kolejnym roku.


