Na portalach nieruchomości coraz częściej pojawia się zjawisko tzw. housefishingu, czyli celowego poprawiania wizerunku mieszkania, aby wyglądało atrakcyjniej niż w rzeczywistości. Rozwój narzędzi AI sprawił, że retusz wnętrz, ukrywanie wad i cyfrowe „powiększanie” przestrzeni stały się łatwiejsze, a dla kupujących i najemców – trudniejsze do wychwycenia.
Na jakie sygnały ostrzegawcze zwracać uwagę?
Jednym z najczęstszych śladów ingerencji są zaburzone proporcje pomieszczeń i cyfrowo pomniejszone meble, przez co pokoje wydają się większe niż są w rzeczywistości. W ocenie zdjęć warto porównywać wielkość sprzętów AGD, futryn drzwiowych czy okien, bo to one często zdradzają sztuczne rozciągnięcie obrazu.
Alarmujący może być także efekt „cukierka” – przesadnie sterylne wnętrza, nienaturalne kolory, brak naturalnych cieni czy zbyt idealne wykończenie. Do typowych manipulacji należy też zacieranie śladów pleśni na ścianach oraz wymazywanie niepożądanych elementów widocznych za oknem.
Podejrzenia powinien wzbudzić również brak spójności w galerii, gdy jedno pomieszczenie wygląda jak z katalogu, a kolejne prezentuje się wyraźnie bardziej surowo.
Oględziny nadal kluczowe dla bezpieczeństwa transakcji
Eksperci podkreślają, że ostateczną weryfikacją oferty pozostają oględziny mieszkania na żywo. Na miejscu warto sprawdzić ściany pod kątem wilgoci, faktyczny widok z okna oraz zgodność metrażu i układu lokalu z opisem w ogłoszeniu.
To szczególnie ważne, ponieważ – jak wynika z raportu „Studenci na rynku nieruchomości” przygotowanego przez AMRON-SARFiN – 15 proc. studentów przed podpisaniem umowy najmu nie odwiedziło mieszkania. W realiach rosnącej popularności housefishingu taka decyzja może oznaczać większe ryzyko kosztownej pomyłki.


